Latest Publications

Z cyklu ,,Zdewaluowane”: Postęp to ściema

Dzisiejszy wpis trochę w klimacie „Zdewaluowanego sprzętu” i „oprogramowania”.

Żyjemy w ciekawych czasach. Postęp techniczny dokonuje się na naszych oczach.
Podobno.

Weźmy takie bajki. Starsze produkcje Disney’a są niepobite. W ostatnich latach doszły do tego dobre animacje komputerowe. Osobnym nurtem jest anime. Niestety, aktualne bajki są po prostu tragiczne. Totalnie uproszczone, prymitywne. To nie postęp, to uwstecznienie.

Gry komputerowe. Można wyróżnić kilka „faz”, ale mniej więcej od czasów Quake (a w zasadzie Doom’a) gramy ciągle w to samo, tylko ładniej opakowane. Postęp niby jest, ale nic z niego nie wynika.

Ponoć o gustach się nie dyskutuje, ale pogadajmy o muzyce. Tak ładnie żarło, gdzieś do lat osiemdziesiątych i zdechło. Nie pojawiło się nic nowego, niektóre gatunki trochę zmutowały i to wszystko. W modzie jest remiksowanie starych utworów. Łał… prawdziwy dwudziesty pierwszy wiek.

Samochody. Tu także nic się nie zmienia. Cztery koła, kierownica i silnik spalinowy. To akurat dobrze, bo dziwne wynalazki na baterie trudno nazwać samochodami. Pojawiają się systemy wspomagania parkowania, utrzymywania właściwego pasa ruchu itp. Bajery. A gdzie latające pojazdy z Jetsonów?

Samoloty. Śmigła lub silnik odrzutowy. Już nawet nie latamy pasażersko z prędkościami naddźwiękowymi. Cóż za postęp…

Kolej. Od czasów Winnetou nic się praktycznie nie zmieniło. Nadal jeździmy po dwu szynach. W Polsce nawet udało nam się zmniejszyć prędkość pociągów na przestrzeni stu lat… Gdzieś tam w świecie jeżdżą szybciej, niektórzy nieśmiało po jednym torze na poduszce magnetycznej. To chyba nie tak miało wyglądać.

Jednym słowem transport zatrzymał się w rozwoju we wczesnych latach dwudziestego wieku. Kiedy w końcu doczekamy się „Scotty, teleportacja”.

Szkolnictwo. Nadal nie można sobie wszczepić potrzebnej wiedzy. Możesz się uczyć tak jak Twoi przodkowie. Na naszych uczelniach w dodatku dokładnie tego samego, czego uczyli w czasach Twoich dziadków.

Przyjrzyjmy się bliżej tej „megadynamicznej dziedzinie”, czyli branży IT.
Złożenie jakiegoś sensownego tekstu wymaga klnięcia i męczarni z LaTeX-em. Owszem, są jakieś komercyjne „profesjonalne” aplikacje do składu tekstu, ale to nadal nie jest „to”.

Uniksowa konsola. Najgorsze w niej jest to, że jest tak cholernie rewelacyjna. Tyle tylko, że już dawno powinniśmy wymyślić coś lepszego.

Języki programowania. Dłubiemy w C. Dodaliśmy mnóstwo znaków po, czasem całkiem nazwa została zmieniona, ale nadal to w większości jakaś ewolucja C. Ewentualnie C++, jeżeli uznamy go za nową jakość. Litości…

Systemy operacyjne. Ciągle te same, ciągle tak samo wyglądające i działające. Czym się różni taki Windows 7 od Windowsa 3.1? Niczym istotnym. A od czasów Windowsa 95 nie zmienia się już praktycznie nic. A takie Uniksy? Jakie były, takie są.

Klawiatura i mysz. Przecież to jest już śmieszne. Ekrany dotykowe to nie rewolucja. Tutaj chodzi przynajmniej o działające sterowanie głosowe, a optymalnie – za pomocą myśli.

Medycyna. „Odkrywamy” nowe choroby, ale lekarstw na nie jakoś nie. Nie potrafimy sobie poradzić z nowotworami. Albo nie chcemy.

Mocno zahamowaliśmy. Bardzo mocno. Zakorkowana ta autobana.

  • email
  • del.icio.us
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • Twitter
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół

Nie ma już rozkładówki w Nowej Fantastyce… oraz miniPaBrecenzja ,,Stanie się czas” Poula Andersona

Nowa FantastykaCo jakiś czas kupuję „Nową Fantastykę”. Niestety już coraz rzadziej, od ostatniego numeru minęły może dwa, a może trzy lata.
Jednym z miłych akcentów pisma były galerie. Kilka stron prac jednego autora, w kolorze. Ilustratorzy, malarze. Bardzo lubiłem ten fragment miesięcznika, stanowił integralną całość.

Dużo się ostatnio przemieszczam, ale nie wożę wszędzie książek. Kilka czeka w Gdańsku, ale kiedy dosyć niespodziewanie wylądowałem w Olsztynie (a raczej spędzałem tam więcej niż planowałem), nabyłem bieżący numer „Nowej Fantastyki”. Sprawa jest ciekawa, bo w cenie jedenastu złotych bez dziesięciu groszy dostajemy pismo i książkę „Stanie się czas” Poula Andersona. Uczciwa cena za magazyn i książkę.

Niestety – nie ma galerii.

Dla mnie to ogromna wada. Oczywiste jest, że nie kupiłem pisma dla kilku reprodukcji, ale zabrakło bardzo ważnej przyprawy.

Szkoda. Na pewno nie jestem „dobrym” czytelnikiem, kupując pismo raz na ruski rok, ale myślę, że nie jestem jedynym odbiorcą, który cenił sobie galerie. Przy następnej okazji – być może za miesiąc, być może za 5 lat, przed kupnem pisma sprawdzę, czy jest galeria. Nie będzie – nie kupię.


Poul Anderson - Stanie się czasDołączoną do magazynu książką jest „Stanie się czas”, nieznanego mi wcześniej Poula Andersona. Przyzwoicie wydany paperback.

Uwaga! Nienachalny spoiler w dalszej części.

Powieść porusza niestety kwestię podróży w czasie, jednostek, ale na większą skalę. Niestety, gdyż nie przepadam za tym tematem. Moim zdaniem nie można tego zrobić na tyle dobrze i spójnie, żeby nie dało się do czegoś doczepić. W momencie, kiedy możemy podróżować w czasie, wszystko jest możliwe. Kiedy w dodatku więcej osób ma taką możliwość, zaczynają mieć sprzeczne interesy, zaczynają się „szopki”. Wolę, gdy autor wymyśli teleportację, różne dziwne technologie, nawet całkowicie odrealnione – ale konkretne. Wtedy opowieść stoi mocno na nogach. W przypadku podróży w czasie, mimo starań, dochodzi do sytuacji, kiedy bohater książki na przestrzeni dwu stron twierdzi, że nie może zmieniać przeszłości, ale jednocześnie kilka akapitów dalej „namacalnie” i bezpośrednio ją zmienia.
Taki przypadek występuje właśnie w „Stanie się czas”. Powieść czyta się w zasadzie całkiem dobrze, czasami po prostu trzeba zaakceptować bezkrytycznie rozwiązania fabularne i tyle.

Książka to rzemieślnicza robota.

Nic wyróżniającego. Można przeczytać, ale zupełnie nic się nie straci, wybierając w zamian inną lekturę, spacer, flirt z sąsiadką czy drzemkę.

  • email
  • del.icio.us
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • Twitter
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół

PaBrecenzja – Avatar, czyli 2.5D

Wybraliśmy się na Avatara praktycznie w ostatni dzień projekcji – kilka miesięcy temu.
Chociaż okazało się, że po pewnym czasie były kolejne seanse.

W niektórych sprawach przejawiam zadziwiającą (mnie samego) cierpliwość. Tak było właśnie w sprawie tego filmu. Po prostu się nim nie podniecałem. Może to już ten wiek, że trzeba jakiegoś wspomagania… straszne.

Dotarły do mnie opinie, że film koniecznie trzeba zobaczyć w IMAX. No dobrze. Poszliśmy do ajmaksa. Jako jednostka wybitnie zacofana w niektórych sprawach – bylem pierwszy raz na filmie 3D. To znaczy tak wszyscy mówili, że to 3D. Ja mam trochę odmienne zdanie, o tym niżej.
Wchodzimy na salę. Dali nam jakieś śmieszne okularki. WTF? Takie 3D to nadawała Telewizja Polska 20 lat temu… Takie 3D to ja mam na slajdach pamiętających czasy młodości… mojego dziadka.

No ale, zobaczmy film. Nie nastawiałem się na jakieś duchowe przeżycia. Dzięki temu się nie zawiodłem. Fabuła była po prostu przeciętna.
Ale przecież nie dla fabuły poszedłem na Avatara. Chciałem zobaczyć te niesamowite trzy-de, tę nową jakość, przełom porównywany do pojawienia się filmu z dźwiękiem.

Litości, Panowie!

Jestem bardzo zawiedziony. To jest nadal ta sama, przestarzała technologia. Co prawda zamiast okularków w kolorowymi szkłami mamy polaryzacyjne, ale idea jest ta sama. Ograniczenia niestety też.
1. Kątem oka widzę ramki okularów.
2. Głębia ostrości. Dokładnie taka jaką narzucą twórcy filmu. Możesz tylko biernie się na nią zgodzić.
3. Kwestia dyskwalifikująca filmy 3D. Degradująca je w moim odczuciu do 2.5D. Ognisko. Coś, co zupełnie nie przeszkadza w tradycyjnym filmie. Natomiast tu mnie irytowało. Ostre jest to, co chciał reżyser. Lecą trzy smoki, czy co to tam było. Najpierw oglądamy wyraźnie pierwszego, potem drugiego i na końcu trzeciego. A ja bym chciał jeszcze tło. A poza tym pierwszy miał seksowniejsze łapy i to jego chciałem oglądać!

To nie jest 3D, to jest mocno irytujący pokaz slajdów z szafy mojego dziadka.

Dopóki nie będę się mógł rozglądać „wgłąb” tak jak ja chcę, to nie mamy co mówić o trójwymiarze.

  • email
  • del.icio.us
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • Twitter
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół

Nasza klasa, czyli jak zobaczyć każde zdjęcie każdego użytkownika

Nasza klasa przekształca się w pełnoprawną społecznościówkę, ale robi to póki co w sposób żałosny.
Najpierw śledzik – jeden z najbardziej bojkotowanych „ficzerów” w historii sieci. Potem komunikator – chyba nie używany przez nikogo.
Teraz już „oficjalna” zmiana ymydżu, powiązana z wymuszeniem akceptacji nowego regulaminu i garści „zgód”.

Skoro tak, skoro użytkownicy zostali zmuszeni do dania dupy… przepraszam, udzielenia praw autorskich na swoją wartość dodaną do serwisu:

ART. 6
PRAWA AUTORSKIE

Użytkownik poprzez umieszczenie Danych, w szczególności wizerunku, materiałów lub wypowiedzi na Koncie własnym lub innego Użytkownika udziela NK niewyłącznej licencji na wykorzystywanie, utrwalania w pamięci komputera, zmienianie, usuwanie, uzupełnianie, wykonywanie publiczne, wyświetlanie publiczne, zwielokrotnianie i rozpowszechnianie (w szczególności w Internecie) tych Danych.

to może mogliby wymagać jakiejś namiastki bezpieczeństwa. Jak wiadomo, są tam jakieś śmieszne ustawienia prywatności – to znaczy, że możesz zezwolić na oglądanie Twoich zdjęć tylko Twoim „znajomym”.

Rzeczywiście – nie zobaczysz zdjęć takiego kogoś, jeżeli nie masz uprawnień. No chyba, że ktoś podeśle Ci bezpośredni link do zdjęcia. Wtedy zobaczysz każde zdjęcie – nieważne czy masz do tego prawo czy nie.

Wow, zostałeś hakjierem.

I tak od kilku lat…

  • email
  • del.icio.us
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • Twitter
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół

Grunwald 2010, czyli burdel sześćsetlecia.

Jako, że rezyduję w Gdańsku – postanowiłem wybrać się na inscenizację bitwy pod Grunwaldem. Chodziło mi to po głowie od kilku lat, ale pewnie bym nie pojechał nigdy, gdybym nie miał w końcu blisko ;-) Niestety – trafiło na okrągłą rocznicę, nagłośnioną i rozdmuchaną.

Cyrk na drodze był oczywisty. Miałem do pokonania 160 kilometrów, czyli powinno to trwać około dwu godzin. Podniosłem do kwadratu i wyjechałem o 10, z planem dotarcia na 14-tą. Dojechałem równo o drugiej. Zastanawiające jest, że w relacjach telewizyjnych, ekipy twierdziły, że jechały 5 godzin z Olsztyna. Proponuję spojrzeć na mapę… coś tu nie teges. Podobnie po bitwie – miła Pani z telewizorka, stwierdziła, że wyjechali o 15:05 i w Olsztynie byli po 21. Podróbka Maksa Kolanko zaś wspominała, że wyjechać da się „tylko jedną wąską drogą”. No skoro tak, to ciekawe, że ja wyjechałem o 16 i o 20 byłem w Gdańsku. Z drugiej strony – zapewne z każdą minutą było gorzej i spora część ludzi utknęła tam na dobre.
To tyle o mojej wiarze w media.

Teraz o organizacji. Jechałem DK7 i naprawdę nietrudno byłoby przegapić zjazd – oznaczenie było mizerne, tyle że i tak wszyscy stali w korku i jechali w jedno miejsce ;-) Im bliżej pola bitwy, tym większa frustracja. Pojazdy zaparkowane w każdym możliwym miejscu, na poboczach a nawet na jezdni. Oczywiście całkowity brak znaków informujących o lokalizacji parkingów. Z każdej strony, przez pola, drogami, kanałami, nadciągali ludzie. Zaczęły się parkingi – czyli fragment pola. Miejsc było jeszcze sporo i naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy blokowali ruch próbując zaparkować w pierwszym wolnym miejscu (z którego potem mieli z pół godziny pieszo w pełnym słońcu). Sam dotarłem do ostatniego parkingu przez polem bitwy (jak się okazuje, było ich więcej – po drugiej stronie). Jedyne 15 nieopodatkowanych złotych. Ale jestem w stanie to zrozumieć i zaakceptować – reszta imprezy była darmowa.

W kilka minut dotarłem do obrzeży „miasteczka rycerskiego” i…

tylu ludzi naraz na żywo chyba jeszcze nie widziałem

Znalazłem nawet pseudo drogowskaz. Inscenizacja, w prawo. Zrobienie mapki było już poza zasięgiem. Podobno były nawet miejsca, gdzie lała się woda. Podobno. Były też tojtoje. W tak dużej ilości, że kolejka wyglądała jedynie na nieco ponad godzinę. Całe szczęście, że było tak gorąco, bo mimo wypicia jakichś 4 litrów wody, nie musiałem z nich korzystać ;-)
Dotarłem do miejsca inscenizacji.
O w mordę. „Trochę” gęsto od człekokształtnych. Żadnych szans aby zobaczyć cokolwiek. Zrobiłem sobie rundkę dookoła, szukając miejsca, z którego da się poobserwować. Za namiotem oficjeli było wzgórze, z którego dało się coś zobaczyć. Głównie tył namiotu oficjeli. Zasłonił dokładnie centrum wydarzeń. Ostatecznie udało mi się przebić nieco wyżej i popatrzeć na flanki.
Inscenizacja zakończyła się i tłum zaczął się rozchodzić. Mnie udało się załapać na przemarsz wojsk i przynajmniej miałem okazję zobaczyć rycerzy z bliska. Wyglądali na koszmarnie styranych ;-) Ale niektóre zbroje to naprawdę cacuszka.

Później pokręciłem się w okolicy, ale ludzi było tak wielu, że żadnej frajdy z tego nie miałem i postanowiłem wracać. Przy okazji przyjrzałem się organizacji. Złe wrażenie tylko się pogłębiło. Karetki jeździły bez ładu i składu, było ich zdecydowanie za mało i nie mogły przejechać. To oczywiście wina ludzi, ale od tego są organizatorzy, żeby nad nimi zapanować i mieć kilka drożnych dróg przejazdu w każdym momencie.

Dotarłem do samochodu. Odkopałem go z warstwy kurzu i ruszyłem w drogę powrotną.
Oczywiście – nie było nikogo. Nikogo kto pokierowałby ruchem czy udzielił wskazówek jak się stamtąd wydostać. Byłem na środku jakiegoś pola, a drogą, którą przyjechałem nadciągał sznur samochodów – nie było szans wracać tak, jak dotarłem. Dołączyłem więc do kordonu kierującego się wgłąb pól… Ciekawe doświadczenie jadąc nisko zawieszonym autem. Po drodze trzeba było tylko wykopać kogoś z piasku, potem samemu przez to przejechać i… znalazłem się na środku jakiegoś gospodarstwa. Tam utknąłem na dobre pół godziny, akurat tyle, żeby odkopać szyby z kurzu, podjąć decyzję o wymianie filtra powietrza przy najbliższej okazji i rozprostować kości. Po pewnym czasie udało się wyjechać z gospodarstwa i dostać na drogę lokalną. Ta była o tyle dobra, że silnie zadrzewiona. O tyle niedobra, że wąska i zatłoczona… ludźmi. Tak więc aż do skrzyżowania dróg 537 i 542 jechaliśmy z prędkością pieszych. Dopiero tam ktoś kierował ruchem. A ponieważ była to drogówka, nastała pora włączenia świateł i zapięcia pasów ;-)
Od tego momentu było już całkiem nieźle. Owszem, momentami „stop and go”, miejscami „stop and wtf”, ale znośnie. Trochę większy zator przed zjazdem na DK7, ale tam też ruch był kierowany i nie było najgorzej. Później, aż do Gdańska prawie bezproblemowo.
Ciekawie wyglądały stacje benzynowe, kolejki jak za starych dobrych czasów.

Dojeżdżając do celu, widziałem „wypasione” błyskawice, a przed samym Gdańskiem wjechałem w taką ulewę, że dosłownie nie było widać drogi.
Przynajmniej kurz się trochę spłukał.

Z ciekawostek organizacyjnych – zabrakło wody. Służby porządkowe prosiły o nią cywili…
Dziś słyszałem, że ludzie, którzy zostali na niedzielę oraz brać rycerska zostali pozostawieni samym sobie, po ulewnej burzy.

Krótkie podsumowanie, które ciśnie się na usta to:

Rola organizatorów polegała na skasowaniu 15zł za parking, a potem radź sobie sam.
  • email
  • del.icio.us
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • Twitter
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół

Bohema Jazz Festival w Olsztynie, czyli 20 minut cierpienia.

W niedzielę dotarłem do Gdańska.
Udało mi się osiągnąć prędkość absurdalną, bo z Katowic do Gdańska dojechałem w 8 godzin.
Byłoby szybciej, gdybym nie utknął na godzinę za Włocławkiem na moim ulubionym „ficzerze” drogowców, czyli „wahadłowej organizacji ruchu”, oraz gdybym na Gierkówce i A1 nie poruszał się w żółwim tempie walcząc z temperaturą silnika ;-)

Nadal jest to porównywalne cenowo i o wiele szybsze, niż podróż PKP…

Tak więc w niedzielę dotarłem do Gdańska, a w poniedziałek zmaterializowałem się w Olsztynie. W bunkrze. Nie pytajcie.
Miałem wolny wieczór, więc wybrałem się „obadać” starą część miasta.

Mają tam zamek.

Olsztyn - zamek

Olsztyn - zamek

Bazylikę.

Olsztyn - bazylika

Olsztyn - bazylika

Bramy.

Olsztyn - brama

Olsztyn - brama

I inne zabudowania.

Olsztyn

Olsztyn

Trafiłem za to na International Bohema Jazz Festival. Impreza zorganizowana w kościele, pierwszy dzień, wstęp wolny.

Nie mógłbym przegapić.

Błąd, wielki błąd.
Trafiłem na zespół z Norwegii. Dwu panów i dwie panie. Przyznam jedno – głosy miały naprawdę dobre, potrafiły też ich używać. Kwestia tylko, do czego… Wytrwałem 20 minut, cały czas przekonując samego siebie, że „dam radę, daj im szansę, to musi mieć głębszy sens”. Jestem otwarty na nieznaną mi muzykę, staram się ją zrozumieć i rzadko kiedy skreślam coś od razu. Tym razem jednak nie dałem rady. Przyznaję się bez bicia – nie rozumiem tej muzyki i do tego bolało. Nagrałem dwa fragmenty, niestety komórką, więc jakość jest żałosna. Z drugiej strony, chyba wiele to nie zmienia…

Bohema Jazz Festival – Olsztyn 2010, fragment 1
Bohema Jazz Festival – Olsztyn 2010, fragment 2

  • email
  • del.icio.us
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • Twitter
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół

Fotostory – Hausach – środkowy Schwarzwald

Pewnego pięknego letniego dnia zawędrowaliśmy na Stuttgarcki dworzec, wsiedliśmy w Regional-Express, dojechaliśmy do Freudenstadt, tam już czekał Ortenau-S-Bahn, który zawiózł nas do Hausach.


Wyświetl większą mapę

Hausach nie wyróżnia się niczym szczególnym, to malownicze miasteczko położone praktycznie w samym środku Schwarzwaldu. Gdyby kogoś tam jednak zawiało, to zdecydowanie warto zobaczyć „Schwarzwald Modellbahn Hausach” – największą w europie makietę kolejową odwzorowującą rzeczywisty fragment sieci kolejowej (tu: Kolej Szwarcwaldzką).

Pozostaje zaprezentować krótką galerię. Zdjęcia są klikopowiększalne, włącznie z panoramą na końcu.

Hausach - sklep z koszykami

Hausach - sklep z koszykami

Schwarzwald - Hausach. Na pierwszym planie szwarcwaldzka trawa. Zdecydowanie bardziej zielona niż nasza.

Schwarzwald - Hausach. Na pierwszym planie szwarcwaldzka trawa. Zdecydowanie bardziej zielona niż nasza.

Szwarcwaldzkie krowy - zupełnie jak nasze krowy.

Szwarcwaldzkie krowy - zupełnie jak nasze krowy.

Schwarzwald - Hausach oraz rzeka Kinzig. To brązowe.

Schwarzwald - Hausach oraz rzeka Kinzig. To brązowe.

Schwarzwald

Schwarzwald

Schwarzwald - panorama

Schwarzwald - panorama

  • email
  • del.icio.us
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • Twitter
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół

Niedoskonali Strugaccy

A. B. Strugaccy - Niedoskonali

A. B. Strugaccy - Niedoskonali

Zazwyczaj czytając książki, mam wrażenie, że autor miał jakąś spójną wizję, cel i chciał coś przekazać. Często ma to być tylko dobra rozrywka, a czasami kryje się za tym jakieś przesłanie.

Po kilkunastu stronach „Niedoskonałych” braci Strugackich, domyślałem się, że będzie to ten drugi typ – z przesłaniem. Umoralniający. Głęboki. No przynajmniej z jakimś duchowym kopem na końcu.

Niestety, im dalej, tym gorzej.

Opowieść składa się z dwu całkowicie odrębnych wątków, które zbiegają się na ostatniej stronie, niczego nie wyjaśniając. Odnoszę wrażenie, że książkę można by zakończyć na dowolnej stronie i sens byłby ten sam.
Ja męczyłem się długo, dosłownie w miesiącach, książka przebyła ze mną setki kilometrów i widać to po niej…

Tak więc, mimo że o książkach na Bloku jest bardzo rzadko – tym razem: ku przestrodze. Zdecydowanie polecam unikać.
Chyba, że ktoś ma zacięcie do doszukiwania się „co autor miał na myśli” – to proszę bardzo – przeczytać i wyjaśnić mi „o co cho”.

  • email
  • del.icio.us
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • Twitter
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół

Tron PaBre’go – informacje dodatkowe.

Szybko pojawiły się pytania, poza tym kilka kwestii sam chcę wyjaśnić.

Tron PaBre’go został napisany w standardowym języku, do zastosowań „nieważne jak, ma szybko powstać i byle działało, w miarę…”, czyli C z domieszkami z C++. A w zasadzie to w C++ pisanym w stylu C. Sami wiecie – taka programistyczna schizofrenia.

Biblioteką graficzną jest Allegro. Zrezygnowałem z mojej niezniszczalnej 13h (tej od PaBreKOBAN’a, animowanych szeregów Fouriera itp), bo jednak 320 x 200 to w tym przypadku zbyt mało.

Program powstał w DJGPP. Wyszedł całkiem zgrabny – zaledwie około 240 linii, ale trzeba przyznać, że kilka jest „spakowanych”, np takich:
else if (pl[i].dx == 0 && pl[i].dy < 0) { pl[i].dx = 1; pl[i].dy = 0; }
Niemniej, więcej niż 300 by nie było.

Maksymalna liczba graczy jest w zasadzie nielimitowana - ale ograniczaliśmy się do sześciu.
Ilość graczy oraz klawisze są konfigurowalne jedynie w źródle.

Rozdzielczość - dowolna, konfigurowalna oczywiście w źródłach. Graliśmy w 640x480.

Pozycja startowa jest losowana.

Sterowanie jedynie dwuprzyciskowe - „w lewo'' oraz „w prawo''.

Losowe są zdarzenia dodatkowe - pojawianie się „kulek przeszkadzajek'' lub wysyp pojedynczych pikseli (na wszystkim się oczywiście można rozbić - ale wysyp pikseli trzeba zlikwidować - to był nieudany pomysł).

Każdy gracz po rozbiciu się zostawia na ekranie emotki (losowe położenie) - w swoim kolorze, więc rozbicie się na nich powoduje naliczenie punktów.

Punktacja jest prosta - "last man standing" otrzymuje dwa punkty, dodatkowo każdy z graczy otrzymuje punkt za każdego, kto rozbił się na jego śladzie.

„Starą'' binarkę dla DOS'a mogę udostępnić, ale nie mam starej wersji biblioteki Allegro. Czy będzie działać z nową - nie wiem. W DOSBox'ie nie działa.
Linuksową binarkę także mogę udostępnić. Biblioteki każdy sobie kombinuje wtedy na własny rachunek ;-)
Źródeł nie upublicznię. Wstydzę się.

  • email
  • del.icio.us
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • Twitter
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół

Tron PaBre’go odnaleziony!

Wiedziałem, że gdzieś to mam.
Źródła TRON-a w moim wykonaniu.

Historia jest prosta. Jeszcze za czasów technikum, grywaliśmy w MegaBlast, Zuzel (ten kultowy, jednoklawiszowy), czy Tron’a.
Wszystkie pozwalały na grę przynajmniej czterem (a Tron sześciu) graczom na jednej maszynie (i jednej klawiaturze…) oraz działały na dostępnym nam wtedy supersprzęcie typu 386 – 486.
Tron jakiego posiadaliśmy był z „ulepszeniami” – można było skręcać pod dowolnym kątem i trafiały się “eventy” typu przyspieszenie akcji etc.

Później, zamiast robić karierę i zarabiać pieniądze, poszliśmy na studia. Studia dzienne na uczelni publicznej rządzą się specyficznymi prawami – na przykład normą jest, że zajęcia są od 8 do 10, a później od 14 do 16…
Coś przez te n godzin robić trzeba, a pojemność piwna jest ograniczona (nawet studenta). W tamtym czasie posiadałem wielkiej mocy laptoka – mała Toshiba zdaje się z Pentium 133. Rozstawiając się z tym na stołach pod aulami wywoływałem niemałe poruszenie – to były już czasy Core2Duo w laptokach.
Przypomniały nam się Tron-o-rozgrywki. Niestety, nie byliśmy w stanie wygooglać „naszej” wersji gry – prawdopodobnie miała inną nazwę.

PaBre ma jednak czasem przebłyski, czasem chce sprawdzić, czy potrafi, albo czy „się da”. W ten sposób, w ciągu jednego „okienka” między zajęciami powstała moja wersja gry. W ciągu kilku dni została w miarę dopracowana (wszystko tworzone tylko i wyłącznie na wydziale) i mogliśmy grać w 6 osób na maleńkim ekranie, z archaiczną matrycą o żałosnych kątach widzenia i maleńkiej laptokowej klawiaturze.

Czysta, niczym nieskażona frajda!

Brakowalo menu czy możliwości konfiguracji – zmiana ilości graczy lub mapowania klawiszy polegała na zmianie stałych w źródle i przebudowaniu programu. Kilka „upgrejdów” tam jednak zakodowałem – pojawiają się przeszkadzajki, jest rozbudowana punktacja (punkty dostaje się za każdego, kto rozbił się na twoim śladzie). Skręty są „klasyczne” – pod kątem prostym. Oficjalny powód to przywiązanie do tradycji, a tak naprawdę bolała ilość potrzebnych obliczeń – chcieliśmy sobie pograć, a nie optymalizować program, żeby wszystko działało w miarę szybko.

Teraz odnalazłem źródła – jest także DOS’owa binarka. Co najfajniejsze – gra kompiluje się i w dzisiejszych czasach bez problemu. Tak więc mam już Linuksową binarkę. Grywalność jest niestety mizerna, bo wszystko działa „trochę” szybko.
W ciągu kilku dni postaram się jednak uniezależnić prędkość działania od sprzętu i dodać możliwość konfiguracji.
Zaraz później z wielką pompą zrobimy premierę i podbijemy świat :-)

W tej chwili wygląda to tak:

Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć

  • email
  • del.icio.us
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • Twitter
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół