Jako, że rezyduję w Gdańsku – postanowiłem wybrać się na inscenizację bitwy pod Grunwaldem. Chodziło mi to po głowie od kilku lat, ale pewnie bym nie pojechał nigdy, gdybym nie miał w końcu blisko ;-) Niestety – trafiło na okrągłą rocznicę, nagłośnioną i rozdmuchaną.
Cyrk na drodze był oczywisty. Miałem do pokonania 160 kilometrów, czyli powinno to trwać około dwu godzin. Podniosłem do kwadratu i wyjechałem o 10, z planem dotarcia na 14-tą. Dojechałem równo o drugiej. Zastanawiające jest, że w relacjach telewizyjnych, ekipy twierdziły, że jechały 5 godzin z Olsztyna. Proponuję spojrzeć na mapę… coś tu nie teges. Podobnie po bitwie – miła Pani z telewizorka, stwierdziła, że wyjechali o 15:05 i w Olsztynie byli po 21. Podróbka Maksa Kolanko zaś wspominała, że wyjechać da się „tylko jedną wąską drogą”. No skoro tak, to ciekawe, że ja wyjechałem o 16 i o 20 byłem w Gdańsku. Z drugiej strony – zapewne z każdą minutą było gorzej i spora część ludzi utknęła tam na dobre.
To tyle o mojej wiarze w media.
Teraz o organizacji. Jechałem DK7 i naprawdę nietrudno byłoby przegapić zjazd – oznaczenie było mizerne, tyle że i tak wszyscy stali w korku i jechali w jedno miejsce ;-) Im bliżej pola bitwy, tym większa frustracja. Pojazdy zaparkowane w każdym możliwym miejscu, na poboczach a nawet na jezdni. Oczywiście całkowity brak znaków informujących o lokalizacji parkingów. Z każdej strony, przez pola, drogami, kanałami, nadciągali ludzie. Zaczęły się parkingi – czyli fragment pola. Miejsc było jeszcze sporo i naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy blokowali ruch próbując zaparkować w pierwszym wolnym miejscu (z którego potem mieli z pół godziny pieszo w pełnym słońcu). Sam dotarłem do ostatniego parkingu przez polem bitwy (jak się okazuje, było ich więcej – po drugiej stronie). Jedyne 15 nieopodatkowanych złotych. Ale jestem w stanie to zrozumieć i zaakceptować – reszta imprezy była darmowa.
W kilka minut dotarłem do obrzeży „miasteczka rycerskiego” i…
tylu ludzi naraz na żywo chyba jeszcze nie widziałem
Znalazłem nawet pseudo drogowskaz. Inscenizacja, w prawo. Zrobienie mapki było już poza zasięgiem. Podobno były nawet miejsca, gdzie lała się woda. Podobno. Były też tojtoje. W tak dużej ilości, że kolejka wyglądała jedynie na nieco ponad godzinę. Całe szczęście, że było tak gorąco, bo mimo wypicia jakichś 4 litrów wody, nie musiałem z nich korzystać ;-)
Dotarłem do miejsca inscenizacji.
O w mordę. „Trochę” gęsto od człekokształtnych. Żadnych szans aby zobaczyć cokolwiek. Zrobiłem sobie rundkę dookoła, szukając miejsca, z którego da się poobserwować. Za namiotem oficjeli było wzgórze, z którego dało się coś zobaczyć. Głównie tył namiotu oficjeli. Zasłonił dokładnie centrum wydarzeń. Ostatecznie udało mi się przebić nieco wyżej i popatrzeć na flanki.
Inscenizacja zakończyła się i tłum zaczął się rozchodzić. Mnie udało się załapać na przemarsz wojsk i przynajmniej miałem okazję zobaczyć rycerzy z bliska. Wyglądali na koszmarnie styranych ;-) Ale niektóre zbroje to naprawdę cacuszka.
Później pokręciłem się w okolicy, ale ludzi było tak wielu, że żadnej frajdy z tego nie miałem i postanowiłem wracać. Przy okazji przyjrzałem się organizacji. Złe wrażenie tylko się pogłębiło. Karetki jeździły bez ładu i składu, było ich zdecydowanie za mało i nie mogły przejechać. To oczywiście wina ludzi, ale od tego są organizatorzy, żeby nad nimi zapanować i mieć kilka drożnych dróg przejazdu w każdym momencie.
Dotarłem do samochodu. Odkopałem go z warstwy kurzu i ruszyłem w drogę powrotną.
Oczywiście – nie było nikogo. Nikogo kto pokierowałby ruchem czy udzielił wskazówek jak się stamtąd wydostać. Byłem na środku jakiegoś pola, a drogą, którą przyjechałem nadciągał sznur samochodów – nie było szans wracać tak, jak dotarłem. Dołączyłem więc do kordonu kierującego się wgłąb pól… Ciekawe doświadczenie jadąc nisko zawieszonym autem. Po drodze trzeba było tylko wykopać kogoś z piasku, potem samemu przez to przejechać i… znalazłem się na środku jakiegoś gospodarstwa. Tam utknąłem na dobre pół godziny, akurat tyle, żeby odkopać szyby z kurzu, podjąć decyzję o wymianie filtra powietrza przy najbliższej okazji i rozprostować kości. Po pewnym czasie udało się wyjechać z gospodarstwa i dostać na drogę lokalną. Ta była o tyle dobra, że silnie zadrzewiona. O tyle niedobra, że wąska i zatłoczona… ludźmi. Tak więc aż do skrzyżowania dróg 537 i 542 jechaliśmy z prędkością pieszych. Dopiero tam ktoś kierował ruchem. A ponieważ była to drogówka, nastała pora włączenia świateł i zapięcia pasów ;-)
Od tego momentu było już całkiem nieźle. Owszem, momentami „stop and go”, miejscami „stop and wtf”, ale znośnie. Trochę większy zator przed zjazdem na DK7, ale tam też ruch był kierowany i nie było najgorzej. Później, aż do Gdańska prawie bezproblemowo.
Ciekawie wyglądały stacje benzynowe, kolejki jak za starych dobrych czasów.
Dojeżdżając do celu, widziałem „wypasione” błyskawice, a przed samym Gdańskiem wjechałem w taką ulewę, że dosłownie nie było widać drogi.
Przynajmniej kurz się trochę spłukał.
Z ciekawostek organizacyjnych – zabrakło wody. Służby porządkowe prosiły o nią cywili…
Dziś słyszałem, że ludzie, którzy zostali na niedzielę oraz brać rycerska zostali pozostawieni samym sobie, po ulewnej burzy.
Krótkie podsumowanie, które ciśnie się na usta to:
Rola organizatorów polegała na skasowaniu 15zł za parking, a potem radź sobie sam.
-
-
Jeden z parkingów – po wejściu do samochodu wiesz, jak czuły się wojska zakonu, czekając na rozpoczęcie bitwy. O ile najpierw przebijesz się przez kurz.
-
-
Dobra widoczność to podstawa…
-
-
Tato… kupa…
-
-
Namiot, dobrze wyprofilowany, wysoki, tak aby zasłonić jak najwięcej.
-
-
Ten rycerz świeci się bardziej niż mój samochód.
-
-
Sądząc po reakcji niewiast, jeżeli będziecie tak wyglądać, to kobiety będą ustawiały się w kolejce, żeby was zgwałcić. Albo wy je. Trzy razy.
-
-
Może dostaliśmy po dupie, ale za to jaki jestem przystojny.
-
-
Król. ,,A może dam mu za rok wygrać…”
-
-
Pokonany po raz sześćsetny Ulryk von Jungingen
-
-
Swęęęęędziiiiiiiii
-
-
Wszystko fajnie, tylko ten herb…
-
-
No przecież mówili: ,,w tym roku to my jesteśmy Sprite”… no mówili… cholerni, zdegenerowani oszuści!
-
-
Pustoszejące trybuny odkrywają wspaniałą polską rzeczywistość. JEDEN WIELKI BURDEL. Z kupą jako wisienką na torcie. Bo przecież zabranie butelki z sobą jest niewykonalne.